czwartek, 16 lipca 2026

Wywiad z Mia Morte, autorką książki "Opowieść dla smutnych ludzi"

Dziś zapraszam Was na wywiad Mia Morte, której debiutancka książka "Opowieść dla smutnych ludzi" wywarła na mnie duże wrażenie.

Jak długo powstawała książka „Opowieść dla smutnych ludzi”. Co sprawiło, że postanowiła Pani podzielić się nią z czytelnikami?

Książka powstała w dość krótkim czasie. Jeśli skumulowałabym godziny poświęcone na pisanie i podzieliła je na standardowe dni robocze, to myślę, że napisanie „Opowieści…” zajęło mi kilka tygodni. Pracowałam wówczas na etacie i po całym dniu spędzonym przed monitorem, po pracy odwracałam wzrok od laptopa, więc w grę wchodziły jedynie wolne weekendy i wakacje. Za to jak już siadałam do pisania, to oddawałam się temu całkowicie. W zasadzie niczego też nie poprawiałam, nie zmieniałam, nie usuwałam, co znacznie usprawniło proces tworzenia. Ta historia zwyczajnie się ze mnie „wylała”. Podzieliłam się nią z czytelnikami w nadziei, że będzie z kimś rezonować. Jeśli choć jedna osoba przeżyje tyle emocji podczas czytania, co ja podczas pisania, to znak, że zdecydowanie było warto to opublikować. 

Skąd czerpała Pani pomysły na powieść? Czy wszystkie przedstawione w niej wydarzenia są fikcją literacką?

Pomysł na powieść wypłynął tak naprawdę z mojego oburzenia jako czytelniczki. Nie mogłam zrozumieć fenomenu wszystkich obliczy Greya czytanych przez 365 dni  Pomyślałam, że stworzę powieść erotyczną w zupełnie innym klimacie, mieszczącą się raczej w ramach kontrkultury, a nie popkultury, która nigdy do mnie nie przemawiała. Gdy tekst był gotowy, osoba zajmująca się redakcją językową zasugerowała, żeby trochę zmienić niektóre sceny, bo historia jest bardzo poruszająca i szkoda by było, gdyby wpadła w kategorię erotyków. W zupełności się z tym zgadzałam, więc wyrzuciłam trochę fizjologii, dając tym samym więcej przestrzeni na kwestie ducha, a nie ciała. Opowiedziana przeze mnie historia jest fikcyjna, choć pewne sytuacje czy przeżycia mają odzwierciedlenie w rzeczywistości. 

Co sprawiło, że wybrała Pani taki pseudonim literacki?

Motyw śmierci od zawsze mnie fascynował. Podobnie jak inne elementy frenetyczne - groza, makabra, obsesja, szaleństwo, zbrodnia. Takich tematów szukam zarówno jako czytelniczka, jak i autorka. Są dla mnie ciekawe, bardziej zapadające w pamięć. Pseudonim literacki, podobnie jak tytuł mojej debiutanckiej powieści, jest taką trochę przestrogą dla czytelnika. Wskazówką, że ja nie zabieram w podróż każdego. Nie zjedziemy razem po tęczy na jednorożcu posypanym różowym brokatem. Nie będzie kolorowo i nie będzie wesoło. Raczej poszybujemy na karym rumaku prosto do królestwa mroku, pośrodku którego stoi czarne, prastare zamczysko. Z wieży poobserwujemy zgliszcza upadającego świata, potem pozwiedzamy komnaty, a na końcu zanurzymy się w ciemności lochów.   

Bohaterowie Pani powieści mierzą się ze smutną rzeczywistością i życiowymi rozczarowaniami. Z którym z nich najbardziej się Pani utożsamia? Która postać jest Pani najbliższa?

Flaubert powiedział „Pani Bovary to ja”. To samo mogę rzec o „Opowieści…”. Każdy z bohaterów ma jakąś cząstkę mnie. Moje przemyślenia, niepokoje czy fantazje. Najbliższa jest mi Jula. Podobnie przeżywamy muzykę czy smutek. Zabawa losami tej postaci dała mi asumpt do wnikliwej introspekcji i do zadawania sobie pytań, na które wciąż próbuję znaleźć odpowiedzi.

Dwójka z bohaterów Pani powieści analizuje sny. Czy wierzy Pani w to, że w snach skrywają się dla nas jakieś wskazówki, czy przestrogi?

Dobre pytanie. Bardzo lubię motywy oniryczne w literaturze czy w filmie, bo racjonalizują to, co irracjonalne. Powtarzając za Freudem – sny to nasze lęki lub pragnienia. Dla mnie marzenia senne to nie tyle wskazówki czy przestrogi, co nierozstrzygnięte kwestie, sporo mówiące o nas samych. Mieszanina wspomnień i emocji rozładowująca stres i pobudzająca kreatywność. Umysł ludzki wciąż pozostaje tajemnicą, szalenie fascynującą, a sny są jego zdumiewającą manifestacją. Jeśli chodzi o sztukę, prym wiedzie tutaj David Lynch, a estetyka jego filmów bardzo do mnie przemawia. Sama uwielbiam śnić i słuchać opowieści innych o ich marzeniach sennych. Uważam, że noc bez snu to noc stracona. 

Czasami mówi się o ludziach, że mają starą duszę, że zupełnie inaczej patrzą na życie. Czy Pani 
zdaniem taka osoba ma szansę odnaleźć się w tak pędzącym dziś świecie? 

Kolejna ciekawa kwestia. Dotyczy poniekąd mnie samej, choć dziś określilibyśmy to pewnie mianem osoby wysoko wrażliwej. I jeśli zapytałaby Pani, o czym marzę najczęściej, odpowiem, że o podróżach w czasie. Bez wątpienia przeniosłabym się do XIX wieku, nie bacząc na negatywne aspekty życia w tamtej epoce. Współczesny świat mi się nie podoba i nie do końca mogę się w nim odnaleźć. Dlatego bardzo ważna jest moja prywatna przestrzeń. Muzyka, natura, książki, filmy – to dla mnie najczęstsze formy eskapizmu. Im więcej pędzi ten świat, tym bardziej umiera ludzkość, a z tym ciężko mi się pogodzić.

W wielu miejscach powieści odczuwa się, że jest Pani osobą wrażliwą na los zwierząt. Co Pani zdaniem można zrobić, aby bardziej uwrażliwić w tym zakresie społeczeństwo?

Zgadza się. Czasem myślę nawet, że bardziej przejmuję się losem zwierząt, niż ludzi. Mimo tego, że nie jestem fanką mediów społecznościowych, to akurat w tej jednej kwestii są one moim zdaniem nieocenione i niezwykle potrzebne. Kiedy trzeba krzyknąć, potrząsnąć społeczeństwem, nagłośnić jakąś sprawę, niesprawiedliwość czy okrucieństwo – chyba nie ma lepszej sposobności. Podoba mi się też propagowanie adopcji. Cieszę się, że w naszym społeczeństwie panuje obecnie tak duża świadomość. Czekam wciąż na zaostrzenie kar za znęcanie się nad zwierzakami. I mam cichą nadzieję, że zwyrodnialcy, którzy to robią, czują się coraz mniej bezkarni.     

W książce porusza Pani temat zdradliwej choroby jaką jest depresja. Dlaczego akurat taką tematykę Pani wybrała?

Zgadzam się ze stwierdzeniem, że powinno się pisać o tym, co znane i bliskie, bo wtedy historia jest bardziej autentyczna. Tematyka depresji jest mi niestety o wiele bliższa niż bym chciała. Zresztą nie tylko mnie, przecież to przekleństwo dzisiejszych czasów. 

W powieści dużą rolę odgrywa także muzyka. Jakiej muzyki Pani słucha? Czy pisząc lubi Pani słuchać muzyki, czy raczej woli Pani ciszę? Jaki utwór mogłaby Pani polecić?

Najbardziej przemawia do mnie muzyka alternatywna, z mainstreamem nigdy nie było mi po drodze. Lubię Nicka Cave’a, Dead Can Dance, Joy Division czy Madrugadę. Zarówno oni, jak i wielu innych artystów występuje na kartach mojej powieści, bo lubię dzielić się muzyką. Może czytając „Opowieść…” ktoś akurat znajdzie coś dla siebie, tak jak sama natrafiłam na kawał dobrej muzyki chociażby w filmach Xaviera Dolana. Słucham sporo i często. Jestem w takim wieku (40- jak to mówię), że tworzę specjalne playlisty do sprzątania (tu świetnie sprawdzają się zespoły punkowe jak Idles czy Viagra Boys), jednak pisząc muszę mieć ciszę absolutną, w przeciwnym razie nie skupiam się ani na pisaniu, ani na muzyce, a tak być nie może. Poza wykonawcami wymienionymi w książce, mogę polecić dość niszowe zespoły jak Protomartyr, Bambara, The Black Angels, Fontaines D.C., Deadletter czy The Airborne Toxic Event. Jeśli chodzi o utwory, to ostatnio całkowicie przepadłam dla „The Style Is Death” formacji Forever Grey. To zespół młodych ludzi mocno zainspirowanych muzyką zimnej fali, która rezonowała ze mną w czasach licealnych. Choć i tak najpiękniejszą dla mnie muzyką są dźwięki natury – wiatr, fale i grzmoty. 

Proszę zamknąć oczy i pomyśleć o najszczęśliwszej dla Pani chwili w życiu. Czy jest dzień, do którego chciałaby Pani wrócić?

Wszystkie moje najszczęśliwsze chwile wiążą się z muzyką i z miłością. Chętnie wróciłabym do dnia, w którym odbył się pierwszy koncert Dead Can Dance w Polsce. Do dziś pamiętam te emocje. 

Burze wywołują często lęk. Jula jest nimi zafascynowana. Czy boi się Pani burzy, czy raczej uważa Pani, że są klimatyczne?

Kocham burze i na moje wielkie nieszczęście praktycznie w ogóle ich nie doświadczam w miejscu, w którym mieszkam. Są klimatyczne i niepokojące. Wzbudzają mój strach, ale to trochę jak z horrorami – boję się, a uwielbiam je oglądać. 

Czy tak jak Jula uważa Pani, że dom bez kota to głupota?

Zdecydowanie tak. Odkąd pamiętam, w moim domu zawsze były koty. I do dziś te wspaniałe stworzenia nie przestają mnie fascynować. Nie wyobrażam sobie bez nich życia i kocham je miłością bezwarunkową, choć niektóre bywają trudne. Dają sporo radości, ale chyba jeszcze więcej rozpaczy w momencie utraty.

Zakończenie powieści pozostawia lekko uchylone drzwi. Czy planowana jest kontynuacja?

Lubię otwarte zakończenia, a one faktycznie nierzadko prowadzą do kontynuacji. W mojej głowie roi się od pomysłów. Wystarczyłoby ich na smutną trylogię, więc kto wie. Mogę zdradzić, że jeśli napiszę kolejną część, to akcja prawdopodobnie przeniesie się poza granice Polski – do miejsca, w którym sama mieszkam. Będzie słonecznie, wyspiarsko, ciepło i zielono, co nie znaczy, że wesoło.

Czy Pani zdaniem wydarzenia opisywane w książce mogły inaczej się zakończyć? Czy miała Pani różne koncepcje na zakończenie?

Nie chcę tutaj za bardzo spojlerować, ale ktoś, kto sięga po ten tytuł, nie spodziewa się chyba dobrego zakończenia. I tak jak podczas pisania pozwalałam czasem zaskoczyć samą siebie, nie wiedząc do końca, co po chwili wyjdzie spod mojego pióra w kolejnych zdaniach czy rozdziałach, tak zakończenie tliło się w mojej głowie już na samym początku. Zawsze twierdziłam, że grunt to mieć szczęśliwe życie, sztuka za to powinna być jego przeciwieństwem – rozszarpywać na kawałki, prowokować do autorefleksji, wydobywać z nas najciemniejsze emocje, bo wtedy osiągamy katharsis. A w moich historiach zazwyczaj coś się poleje. Czasem krew, czasem łzy, a czasem whiskey.

Czy wierzy Pani w przeznaczenie, czy raczej kształtowanie swojego losu?

Jeśli w coś wierzę, to tylko w rzeczy namacalne. Także uważam, że każdy jest kowalem swojego losu, choć dysponujemy tutaj różnymi kuźniami i narzędziami. Jeśli spotyka mnie w życiu coś transcendentnego, myślę wówczas: „Przypadek? Tak sądzę!”.

Gdyby Pani mogła wybrać miejsce na świecie do zamieszkania, to gdzie by to było?

Islandia. Choć z drugiej strony potrzebuję słońca, więc tamtejsza aura pewnie by mnie wyczerpała na dłuższą metę. Na pewno byłaby to jakaś wyspa. Lubię wyspiarskie poczucie izolacji. Traktuję wyspy jako metaforę życia – nikłego i kruchego na tle okalającego bezkresu oceanu, który kojarzy mi się ze wszechświatem.

Czy planuje Pani kolejną powieść, a jeśli tak, to czy będzie to ten sam gatunek literacki?

Planuję, a nawet jestem w trakcie pisania. Choć lato za oknem i temperatura mojego topnienia nie sprzyjają zbytnio pisaniu. Zanim wrócę do kreowania dalszych losów bohaterów „Opowieści dla smutnych ludzi”, chciałabym stworzyć coś innego. Zdradzę tylko, że będzie to zupełnie inny gatunek literacki, choć wciąż mocno zanurzony w odmętach ludzkiej psychiki. Tym razem będzie dużo mroczniej.  


"Opowieść dla smutnych ludzi" to klimatyczna i poruszająca książka, którą warto poznać. Zupełnie nie czuć, że jest to debiut. Mam nadzieję, że wywiad zachęcił Was jeszcze bardziej do jej przeczytania a ja już z niecierpliwością wyczekuję kolejnej książki autorki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz